Jest częścią twojego ciała, a wszystkie ruchy na nim są całkowicie naturalne
- kiedy tak poczujesz się na rowerze, będziesz dobrym kolarzem
- John Tomac

Bornholm 2017


Jeden (duży) busowy zestaw pozostał na płatnym parkingu przy porcie, a drugi (mały z bagażami) popłynął z nami .
      Ronne –to początek naszej eskapady oraz stolica  BORNHOLMU  do zwiedzania zaplanowana była w późniejszym czasie. My tymczasem przez środek wyspy po drogach równiutkich i bez żadnych dziur w jezdni przejechaliśmy bardzo sprawnie 30 km do Svaneke. Miejscowość ta została uhonorowana Europejskim Złotym Medalem za zachowanie charakteru miasta z domkami 200- letnimi, które po dziś dzień posiadają swój niepowtarzalny urok wraz z miniaturową starówką. Popołudniowy obchód brukowanymi chodnikami pomiędzy budynkami w których mieściły się manufaktury produkujące cukierki, czekoladę lub swojskie piwo zakończył pierwszy z dwóch dni pobytu w tym mieście.

II Dzień
Mimo barowej pogody 11 osób zdecydowało się jednak na wyprawę rowerową.
      Widoczny z daleka wiatrak w Aarsdale z jego ogromnymi skrzydłami jest jedynym działającym młynem na wyspie w którego wnętrzu znajduje się małe muzeum. Podążając wzdłuż skalistego wybrzeża dotarliśmy do Nexo oczywiście z zaliczeniem Parku Motyli. Cieplarnia z tropikalnymi roślinami wśród których fruwają bajecznie kolorowe, egzotyczne motyle robi niezwykłe wrażenie . Mijając port i muzeum kolejki bornholmskiej skierowaliśmy się na południe gdzie trasa poprowadzona została w sąsiedztwie szerokich plaż przez Balkę i Dueodde .
 47 metrowa latarnia morska w tym dniu akurat była nieczynna, więc pozostała nam do zaliczenia tut. plaża z białym, mięciutkim i strasznie sypkim piaskiem używanym niegdyś do klepsydr .
    Dalszy etap prowadził wzdłuż drogi samochodowej i od tego momentu przestał popadywać na nas deszcz. Winnica w Pedersker ochoczo zapraszała nas do środka więc trudno było nie skorzystać, tym bardziej że z tego miejsca bardzo pachniało pieczonym mięsiwem . Skandynawia nie jest tanim miejscem w Europie gdzie mogliśmy się przekonać, poczynając w tym miejscu „drobne” zakupy.
   Kilka km jazdy dalej i napotykamy „ Automobilmuseum” zawierający min. polskie akcenty.  Bilety wstępu trochę zawyżone (35 zł) więc odpuszczamy sobie by po paru minutach wjechać  do Aakirkeby z Gęsim Rynkiem . Tutaj trafiliśmy na rozpoczynający się  jarmark kulinarny  wraz z degustacją, później były pamiątkowe fotki z ptakami z brązu i obejrzenie największego romańskiego kościoła z podwójną wieżą . Czas upływał a do naszej bazy w Svaneke pozostało 20 km.
 Po drodze przystanęliśmy tylko w Ostermarie a następnie dołączamy do reszty grupy by wieczorem świętować z solenizantką Hanią.

III Dzień.
Piękny słoneczny poranek zmobilizował wszystkich do wyjazdu na podbój kolejnych zaplanowanych atrakcji jakim tego dnia były świątynie .
 Na Bornholmie znajduje się 21 takich obiektów ale wrażenie robią cztery majestatyczne kościoły rotundowe z XII wieku z pięknymi freskami, ogromnym filarem po środku i przykościelnymi cmentarzykami z równiutko przystrzyżonym trawnikiem. Nie wykluczone że ich budowniczymi byli Templariusze. Wszystkie są otwarte i można je zwiedzać po wrzuceniu do skarbonki 10 DKK/os. ( nabożeństwa protestanckie odprawiane są rzadko).
      Do  Osterlars podjechaliśmy jako pierwszej a zarazem największej budowli tego typu na wyspie posiadającą aż trzy kondygnacje. Początkowo oprócz roli sakralnej pełniły one również funkcję obronną i magazynową .
 Przyjemnie się mijało kolorowe, wiejskie domy otoczone zadbanymi posesjami na których postawiony był maszt z powiewającą duńską flagą lecz gospodarzy w pobliżu nie widywało się wcale . (???)  Bardzo często przy drogach można było zauważyć samoobsługowe budki lub przyczepki z owocami, warzywami ,pamiątkami lub różnymi produktami przy których znajdowały się ceny a obok stała metalowa kasetka na pieniądze. Wszyscy byliśmy zgodni że w Polsce, bez nadzoru taki stragan czy skarbonka byłaby kilka godzin. T u mieliśmy przykład różnicy kultury skandynawskiej a słowiańskiej.
 Wszystko ładnie , pięknie ale trzeba pedałować dalej . Niestety, ale Karola fatbike na b. grubych oponach odmawiał nieraz posłuszeństwa. Kolejne miejscowości to KlemenskerRo i upragnione Gudhiem – nasz kolejny dwudniowy azyl .
      Wjeżdżając do tego „skandynawskiego Capri”  (tak jest nieraz nazywane to miasto) pierwsze co wykonaliśmy to zbiorowe zdjęcie na tarasie widokowym. Podziwialiśmy krajobraz z dachami pokrytymi wyłącznie pomarańczową dachówką, dwa porty, potężny wiatrak holenderski oraz kościół z szarego granitu.

IV Dzień
Główną atrakcją tego dnia było zaliczenie wyspy Christianso.  Rowery pozostały przed domkami przy których krzątał się kierowca Michał z Bogusią, a my wszyscy do portu po bilety.
Na miejscu były dwie niespodzianki: zła i dobra. Pierwsza to ta, że już nie było miejsc na godz.10.00 wiec bierzemy na 12.30 .Ta druga informacja z kolei okazała się rabatem (20 zł/os) na zakup biletu grupowego który docelowo kosztował 130 zł. Dysponując takim zapasem czasowym, towarzystwo wyruszyło na podbój miasta a w lodziarni fundowało sobie "Special Ice-Cream"- bardzo gęste, o wybranym smaku lody z polewą lub posypką w małym lub niesamowicie wielkim rożku. Po prostu prze-py-szny smakołyk.
        Około jednej godziny trwał rejs na tę „Wyspę Skazańców”, która ma 700 m długości i 430 m szerokości, więc na jej obejście mieliśmy ponad 2,5 godz.
 W 1684 r. król Dani Christian V postanowił w tym miejscu wybudować twierdzę obronną, która w późniejszy okresie pełniła rolę bardzo surowego więzienia.
Cała ten obszar uznany jest obecnie za rezerwat przyrody na którym zamieszkuje ok. 100 ludzi . Nie mogą oni nic zmieniać ani przebudowywać. Zakaz posiadania psów, kotów i innych zwierząt gospodarskich oraz brak bieżącej wody czyni tych ludzi niemal pustelnikami, zwłaszcza poza sezonem turystycznym.
        Christianso i połączona z nim wąskim, zwodzonym mostkiem Frederikso to wysepki na których czas się zatrzymał kilkadziesiąt lat temu. Pierwsza w Dani latarnia morska, bateria armat, kościółek, baszty i mury obronne to najbardziej charakterystyczne punkty tych miejsc .
 Powrotny nasz statek przypłynął o godz.16.30  także po opuszczeniu pokładu ruszyliśmy do miejsca nazywanym Rogeri- wędzarnia ryb. Tradycyjny bornholmski przysmak o nazwie „Słońce nad Gughjem” to kanapka z jajkiem na śledziu za 35 zł lub bufet rybny za 80 zł. Przy tym drugim do wyboru są bałtyckie owoce morza, a jeść można bez ograniczeń .

V Dzień
Helligdomsklipperne czyli „Święte skały” to kolejny przystanek na naszej trasie.
Rowery pozostawiliśmy na parkingu blisko muzeum, a my na nogach udaliśmy się  w stronę wybrzeża. By do nich dotrzeć należało pokonać kilkadziesiąt schodów prowadzących nad brzeg morza. Przemieszczamy się i podziwiamy strome i skaliste klify, wysokie ściany z ukrytymi grotami oraz spienione fale wcinające się w głąb.         Byliśmy pod ogromnym wrażeniem tego piękna przyrody ale czas naglił do następnych miejsc czyli Tejn, Allinge i Olsker.
     W tej ostatniej miejscowości położonej na wysokości 112 m n.p.m. znajduje się kolejna rotunda ze śnieżnobiałymi ścianami i charakterystyczną „czapką  krasnoludka”. Na pobliskim parkingu  mieliśmy okazję spotkać użytkowników starych motorowerów, jak również spróbować swojej celności w rzucaniu piłki do kosza. Nasilający się co raz bardziej wiatr mógł przynieś jakąś niespodziankę klimatyczną więc czym prędzej poprzez Klemensker i Nyker (najmniejsza rotunda) udajemy się w kierunku naszego kolejnego, dwudniowego noclegu czyli Ronne. Pogoda się jednak wyklarowała ale po godz.18-ej w stolicy Bornholmu można już było zwiedzać tylko latarnie morską, kolejną świątynię, rynek oraz zrobić zakupy w Netto.
Wieczorem przygotowana była niespodzianka dla jubilata Andrzeja, który tego dnia kończył 38 lat .

VI Dzień
 Bornholm nazywany jest również „Słoneczną Wyspą”. W tym dniu to określenie ponowie się nie sprawdziło. Obserwując aurę na najbliższe chwile nie wyglądało to optymistycznie. Zdecydowaliśmy wszyscy, że każdy ma wolą rękę w jaki sposób będzie zwiedzał wyspę w ostatnim dniu pobytu. Dla wielu osób głównym celem było objechanie tej „Perły Bałtyku” w koło, której linia brzegowa wynosiła 105 km.
      Część rowerzystów bez względu na pogodę, w trzech grupkach wyruszyła jednak po śniadaniu, natomiast reszta towarzystwa z wyjazdem wolała przeczekać. Jak się później okazało, dla nich środkiem transportu był towarzyszący nam Michałowy bus.
       „Płaczące” niebo swoje łzy pokazywało tylko przez 10 km drogi, także z chwilą wjazdu do Hasle słoneczko już osuszało okolice. Najlepsze recenzje zbiera właśnie tutejsza wędzarnia przy której urządzone jest Muzeum Wędzarnictwa i miejscowy browar z trunkami o oryginalnych smakach.. Około 7 km na północ, pokonujemy spore podjazdy, w tym jeden pod który podjechać się absolutnie nie dało (nachylenie 20%) dlatego skorzystaliśmy ze specjalnych schodków utworzonych na drodze rowerowej.
Po dwóch kilometrach widzimy drogowskaz z napisem Jons Kapel (Kaplica Jana).Rowery pozostawiamy przy pobliskim sklepiku a my przez pole musimy przejść jeszcze 500 m oraz zaliczyć strome i długie schody by ujrzeć charakterystyczne miejsce nad samym brzegiem morza. Według starego podania z tego miejsca mnich Jons próbował nawracać na chrześcijaństwo pogańskich  Bornholmczyków.       Przejeżdżamy kolejne kilometry i naszym oczom ukazuje się miejsce które zalicza każdy turysta odwiedzający wyspę, a mianowicie zamek Hammershus. Od XIII w była to największa twierdza w Skandynawii z której pozostały jedynie mury, fragmenty wieży i dziedziniec. Wstęp jest wolny tylko rowery trzeba pozostawić na parkingu dla jednośladów by następnie kawałek drogi przebyć pieszo. Z góry można podziwiać nieziemskie widoki a przy słonecznej pogodzie dojrzeć można szwedzkie wybrzeże. Po 1700 r warownia w swoich murach mieściła koszary, później więzienie aż w końcu ulegała stopniowej rozbiórce przez okolicznych mieszkańców. Obecnie zamek jest systematycznie restaurowany.  
         W tym miejscu drogi nasze skrzyżowały się z resztą grupy podróżującą czterokołowym środkiem transportu  Nas czas ponaglał bardziej, więc w piątkę kontynuujemy dalszy objazd. Mając już wcześniej zaliczone nadmorskie miejscowości i tamtejsze atrakcje, żwawo poruszamy się więc głównymi trasami- „cykelvejami”- zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Przed Gudhjem z naprzeciwka mijamy się z Hanią i Tomkiem, którzy również wykonują pętlę ale w odwrotnym kierunku. W Svaneke na moim liczniku rowerowym wskakuje równo 10 000 przejechanych km (okres 2 lat) więc robimy dłuższy postój, a że upał doskwierał to dla 2 Małgorzat, Romana i Andrzeja funduję desery lodowe. Chciało by się zjeść jeszcze jakiegoś hot doga ale niestety, Bornholm jest nielicznym miejscem na świecie w którym  McDonalds nie może mieć swojej sieci z fas foodami.
          Duchota dawała się coraz bardziej we znaki co nie wróżyło to nic dobrego. Przekonaliśmy się po 10 km gdy nad Nexo niebo się zaczerniło a widoczne błyskawice były coraz bliżej nas. Postanowiliśmy kilka minut przeczekać pod zadaszeniem na stacji benzynowej a nie w pobliskim markecie. To był błąd. Krótka  chwila z huraganowym wiatrem i padającym gradem a później deszczem odebrał nam ochoty do dalszej jazdy. Przemoczeni totalnie myśleliśmy o zadzwonieniu po Michała i powrocie busem, ewentualnie skróceniu drogi do naszej kwatery w Ronne.
Po demokratycznym głosowaniu wybraliśmy jednak wariant… trzeci. Skoro przestało padać i wiać, no to jedziemy dalej na południe. Przejechane 2 km i burza z deszczem (1 godz) ponownie dała nam popalić ale „karawana jedzie dalej”. Podwójna tęcza na niebie a do celu 20 km to był bodziec dokończenia podróży.

 VII Dzień
Powrotny statek mieliśmy o godz.8.00 a dotarcie do portu zajęło nam kilka minut. Sprawnie przeprowadzona odprawa promowa i już jesteśmy na pokładzie. Tutaj miałem przygotowaną niespodziankę dla każdego uczestnika w postaci zamówionych i przywiezionych z Polski okolicznościowych medali. Gadżety te wykonane były z gliny przez Warsztat Garncarski Państwa Konopczyńskich z Bolimowa (www.garncarz.com/) wzbudził lekkie zdziwienie podczas oficjalnego wręczania. Na górnym pokładzie tej jednostki wykonaliśmy sobie jeszcze zbiorowe zdjęcie po którym to wyglądaliśmy już niemieckiego lądu.
Sassnitz  przywitało nas piękną pogodą (w przeciwieństwie do wyjazdu) i oczekującym na parkingu dużym transportem.
   Rowery i bagaże zapakowane na przyczepy, wrażenia w głowie, zdjęcia w aparatach, więc można ruszać do domów. W drodze powrotnej na przedmieściach Szczecina rozstaliśmy się z małżeństwem Nogajów, którzy mając jeszcze tygodniowy urlop postanowili do Kalisza powrócić na jednośladach. Po godz. 22-ej szczęśliwie dotarliśmy do grodu nad Prosną.

Noclegi :
Svaneke- „Danhostel”  – 2x
Gudhjem- „Feriepark” - 2x
Ronne- „Danhostel” 2x

Uczestnicy:
1  GRZESIAK  KAROL - Kalisz
2  HAŁAS  ROMAN  - Września
3  JAKUBOWSKA   MAŁGORZATA  - Wieluń
4  JANISZEWSKI  MICHAŁ  -Kalisz
5  KARPISIEWICZ  JAROSŁAW - Kalisz
6  KROKOS  MAŁGORZATA - Kalisz
7  LELENTAL  MAGDALENA - Kalisz
8  MARCINIAK  STANISŁAW - Pawłówek
9  MUSZALSKA  DOMINIKA - Kalisz
10  NOGAJ  HANNA - Kalisz        
11  NOGAJ  TOMASZ  - Kalisz
12  PIECHOCKA  GRAŻYNA - Kołacin
13  PIECHOCKI  BOLESŁAW -  Kołacin
14   PIETRZAK  DOMINIKA - Czechel
15  RATAJCZYK  TERESA - Kalisz
16  SAS  ANDRZEJ -  Sieroszewice
17  SKOTOWSKA  JOLANTA - Kalisz
18  WAWRZYNIAK  DARIUSZ – Blizanówek
19 NAWROCKA BOGUSŁAWA  - Stawiszyn
20  KIEROWCA-NAWROCKI  MICHAŁ  -Stawiszyn
    
Pisząc tę relację sam sobie zrobiłem apetyt żeby tam wrócić
po raz trzeci.
Tekst: Jarosław  Karpisiewicz






Zdjęcia: Jarosław Karpisiewicz

Ze świata rowerzystów

W obiektywie

logopttkbok

wedruj z namim

Cyklista mobilnie

www.cyklista.kalisz.pl

UWAGA! Ten serwis używa cookies.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem